Księga tajemna Tatr
NIETOTA
Księga tajemna Tatr.
Tadeusz Miciński
I.
WIECZORNE PUSTYNIE.
Mroczne fortece pradawnych Tatr, na których wygrzewa się Król Wężów... wielkie jego cielsko siedem i pół razy owija górę olbrzymkę, zarosłą ciemnym niedźwiedziowym lasem i zakończoną na wirchu lodozwałami nietającymi nigdy.
Król wężów — to piorun i słońce dla jednych, to Życie lub Zły Duch Myśliciel dla tych, co go znają już w sobie. Zielony jad zebrał się grubą warstwą na grzbiecie jego. Przecudna i straszna korona z nadludzkich męczarni mrocznieje nad szmaragdowymi oczyma.
W dziedzictwo jego idziemy.
W te mroczne Tatry nie z czasów dzisiejszych, lecz takie, jak oglądałby jasnowidzący:
Tatry — Himalaje.
Tatry, u stóp których bezmierne szafirowe morze, zaorywane w wielkie skiby fal złowieszczymi uroki Księżyca i Halnym wichrem; fiordów miłosne ręce zapuszczają się w gęstwinę boru, w tajemnicze wgięcia regli podobnych dziewiczym piersiom olbrzymek.
Tam lodozwały wzniosły się w nieprzystępny dla żyjących Dom śmierci.
Tam rzeki spadają Niagarowemi kaskadami.
Rakszase nocy indyjskich czułyby się tu u siebie, rozpościerając skrzydła gigantyczne na lodowcach.
Pieśniarz Kalewali śpiewałby runy o bogini powietrza i pierwszym człowieku Wejnamojnenie, mędrcu i czarodzieju słów.
Kraina nie baśni, lecz najgłębszej istotności, rozpościera się przed nami.
Idziemy — za cieniem chmur płynących. —
za piórami zagubionymi orła — za echem kaskady tęczującej wśród leśnych wonnych malin.
My cienie — nie widać nas.
My niedotykalni — czujemy jednak pod stopą miękkie zioła. Tchnieniem woli możemy wzbić się aż po obłoki i płynąć w tych jedwabistych karocach.
Zaszło już słońce.
Król Wężów wypełza ze swej piekielnej czeluści. U wylotu doliny wznosi się potężna ściana gór — nad nimi już w niebie śnieżą lodowce.
Chłodno tu. Swobodnie. Olbrzymio - tajemniczo — wśród rozrosłych drzew, z których każde jest kościołem.
Rozsunął ktoś gałęzie limb.
Wyszedł — syn tej puszczy. Patrząc w niego, wierzy my mimochcąc w legendy o ludziach z rasy wyższej pewnego króla irańskiego, zamkniętych wśród gór.
Włosy czarne spadają mu aż na barki.
Strój lekki. Z łusek rybich ma ciżmy.
Na potężnych ramionach, podobnych do grubych gałęzi dębu — mroczy się skóra morskiego lwa z grzywą.
Ten człowiek może mieć lat około trzydziestu.
Zbronzowiały od burz na morzu. Z twarzy jego tchnie melancholia i dzikość.
Tak wyglądali indyjscy bohaterowie — Węże, synowie króla Wężów w Himalajach, boga Sziwy. Tajemnice widzieli wszędzie, do tajemnicy modlili się, tajemnicą zawierali
